X


Historia wymaga pasterzy, nie rzeźników.


– Głupstwo i bajka – powtórzył de Lorche.
– Bo zbóje nie podnieśliby ręki na książęcy dworzec ni na Jurandowe dziecko. A gdyby
wreszcie nawet ją chwycili, to dla okupu, i sami by dali znać, że ją mają.
– Wszystko to powiem – rzekł Lotaryńczyk – i de Bergowa też odszukam. My z jednego
kraju, a choć go nie znam, mówią, że i on jakowyś krewniak hrabiego Geldrii. Był w Szczyt-
nie, niech mistrzowi opowie, co widział.
Zbyszko zrozumiał cośkolwiek z tych słów, a czego nie zrozumiał, to wytłumaczył mu
Mikołaj, więc chwycił przez pół pana de Lorche i przycisnął go do piersi tak, że aż rycerz
jęknął.
28
Książę zaś rzekł do Zbyszka:
– A ty koniecznie chcesz też jechać?
– Koniecznie, miłościwy panie. Cóż mam innego czynić? Chciałem Szczytna dobywać,
choćby zębami przyszło mur gryźć, ale jakoże mi bez pozwoleństwa wojnę wszczynać?
– Kto by wojnę bez pozwoleństwa wszczął, pod katowskim by się mieczem kajał – rzekł
książę.
– Juści prawo prawem – odpowiedział Zbyszko. – Ba! chciałem potem pozywać wszyst-
kich, którzy byli w Szczytnie, ale powiadali ludzie, że Jurand narznął ich tam jak wołów, i nie
wiedziałem, który żyw, a który zabit... Bo, tak mi dopomóż Bóg i Święty Krzyż, jako ja Ju-
randa do ostatniego tchu nie opuszczę!
– To zacnie mówisz i udałeś mi się – rzekł Mikołaj z Długolasu. – A żeś do Szczytna sam
nie leciał, to też widać, że rozum masz, bo i głupi by się domyślił, że oni tam ni Juranda, ni
jego córki nie trzymają, jeno musieli ich do innych zamków wywieźć. Bóg cię Rotgierem
nagrodził za to, żeś tu przyjechał.
– Ano! – rzekł książę – jako się od Rotgiera słyszało, to z tych czterech jeden tylko stary
Zygfryd żywie, a innych Bóg już pokarał albo twoją, albo Jurandową ręką. Co do Zygfryda,
mniejszy od tamtych szelma, ale okrutnik może największy. Źle, że Jurand i Danuśka w jego
ręku, i trzeba ich prędko ratować. Aby zaś i ciebie zła przygoda nie spotkała, dam ci do mi-
strza list. Słuchaj jeno dobrze i rozumiej, że nie jedziesz jako poseł, jeno jako wysłannik, a ja
mistrzowi piszę tak: Skoro się swego czasu na naszą osobę, potomka ich dobrodziejów, tar-
gnęli, to rzecz podobna jest, że Jurandównę chwycili, zwłaszcza mając złość do Juranda. Pro-
szę tedy mistrza, aby pilnie jej szukać nakazał i jeśli chce przyjaźni mojej, zaraz ci ją w ręce
oddał.
Zbyszko usłyszawszy to, rzucił się do nóg księcia i objąwszy jego kolana począł mówił:
– A Jurand, miłościwy panie! A Jurand? Wstawcie się też za nim! Jeśli śmiertelne ma rany,
niech choć u siebie na dziedzinie i przy dzieciach zamrze.
– Jest i o Jurandzie – rzekł łaskawie książę. – Ma wysłać mistrz dwóch sędziów i ja też
dwóch, którzy uczynki komturów i Jurandowe wedle praw czci rycerskiej rozpatrzą. A ci zaś
wybiorą jeszcze jednego, by zaś był im głową, i jako wszyscy uradzą, tak będzie.
Na tym skończyła się narada, po której Zbyszko pożegnał księcia, gdyż wnet mieli wyru-
szyć w drogę. Lecz przed rozejściem się doświadczony i znający Krzyżaków Mikołaj z Dłu-
golasu wziął Zbyszka na bok i zapytał:
– A onego pachołka Czecha weźmiesz z sobą do Niemców?
– Pewnie, że mnie nie odstąpi. Albo co?
– Bo mi go żal. Chłop ci jest na schwał, a zaś miarkuj, co ci rzekę: ty z Malborga zdrową
głowę wyniesiesz, chyba że potykając się tam trafisz na lepszego, ale jego zguba pewna.
– A dlaczego?
– Bo go psubraty oskarżali, że on de Fourcy’ego zadżgał. Musieli też do mistrza o jego
śmierci pisać i też pewnikiem napisali, iż Czech onę krew rozlał. Tego mu w Malborgu nie
darują. Czeka go sąd i pomsta, bo jakże o jego niewinności mistrza przekonasz? A przecie on
także i Danveldowi ramię pokruszył, który wielkiego szpitalnika był krewny. Szkoda mi go, a
powtarzam ci, że jeśli pojedzie, to po śmierć.
– Nie pojedzie po śmierć, bo go w Spychowie ostawię.
Lecz stało się inaczej, gdyż zaszły powody, dla których Czech nie został w Spychowie.
Zbyszko i de Lorche ruszyli wraz ze swymi pocztami nazajutrz. De Lorche, którego ksiądz
Wyszoniek rozwiązał ze ślubów względem Ulryki de Elner, jechał szczęśliwy i cały oddany
rozpamiętywaniu urody Jagienki z Długolasu, więc milczący; Zbyszko zaś nie mogąc z nim
rozmawiać o Danuśce także i z tej przyczyny, że nie bardzo się z sobą rozumieli, rozmawiał z

Podstrony