Historia wymaga pasterzy, nie rzeźników.

Książę Caldric prosił również, aby powiedzieć, co następuje: Król postradał zmysły, a książę Bas-Tyra zabił księcia Erlanda. Stary Książę obawia się, że teraz jedynie Borric może ocalić Królestwo.
Brucal był wyraźnie wstrząśnięty wieściami. Zwrócił się do Lyama.
– Jak widać – powiedział przyciszonym głosem – plot­ki okazały się prawdziwe. Erland rzeczywiście był więźniem Guya. Erland nie żyje... wprost nie mogę w to uwierzyć. – Z niedowierzaniem kręcił głową. – Lyam, wiem dobrze, że myślisz teraz wyłącznie o ojcu, lecz musisz rozważyć jedno:
twój ojciec jest bliski śmierci; ty zostaniesz wkrótce księciem Crydee. Ponadto teraz, kiedy Erland nie żyje, z urodzenia sta­niesz się następcą tronu.
Brucal usiadł ciężko na stołku przy stole z mapami.
– Spada na ciebie wielki ciężar, lecz nie zapominaj, że Ziemie Zachodu będą oczekiwały, że teraz ty, jak poprzednio twój ojciec, przejmiesz nad nimi dowództwo. Nawet jeśli mię­dzy obiema częściami Królestwa były jakieś więzi i uczucia, to teraz, kiedy na tronie w Krondorze zasiada Guy, stały się one tak napięte, że grożą zerwaniem. Dla wszystkich stanie się za chwilę jasne, że Bas-Tyra chce zostać Królem, bo prze­cież nie można dopuścić, żeby szalony Rodric zasiadał długo na tronie. – Wbił w Lyama uważny wzrok. – Będziesz mu­siał wkrótce zadecydować, co my, na zachodzie, powinniśmy uczynić. Jedno twoje słowo może wywołać wojnę domową lub jej zapobiec.
DECYZJA 
Święte Miasto tętniło świątecznymi obchodami. Na szczytach wszystkich wysokich budynków powiewały na wietrze kolorowe sztandary i chorągwie. Głównymi ulicami, którymi szlachetnie urodzeni udawali się w lektykach na sta­dion, podążały nieprzebrane tłumy rzucające kwiaty i wzno­szące okrzyki. Nadszedł dzień wielkiego świętowania i któż mógł martwić się w takim dniu?
Jednak był ktoś, kto był pogrążony w poważnych i niewe­sołych myślach. W pokoju wzoru przybycia dla stadionu roz­chodziło się echo ostatnich uderzeń gongu sygnalizującego przy­bycie Wielkiego narodu Tsuranuanni. Milamber przerwał na chwilę poważne rozmyślania i opuścił pomieszczenie wzoru, w pobliżu centralnej trybuny wielkiego stadionu cesarskiego. Zgromadzo­ny tłum panów Cesarstwa spacerujących leniwie w oczekiwaniu na rozpoczęcie turnieju rozstąpił się skwapliwie, robiąc przejście Milamberowi, by mógł swobodnie dojść do miejsc zarezerwo­wanych dla magów. Zatrzymał się i rozejrzał po morzu czerni. Po chwili dostrzegł Shimone'a i Hochopepę, którzy zajęli mu miejsce koło siebie. Przeszedł przez alejkę dzielącą trybunę ma­gów od miejsc dla dworu cesarskiego i zaczął przeciskać się w ich stronę. Zauważyli go i pomachali rękami na powitanie. Na arenie, poniżej ich miejsc, kilku przedstawicieli karłowatego ludu z Tsubar, tak zwanej Zagubionej Ziemi po drugiej strome Morza Krwi, walczyło z wielkimi owadzimi stworami, podo­bnymi do Cho-ja, lecz pozbawionymi inteligencji. Ponieważ jed­nak walczono przy użyciu mieczy z miękkiego drewna, a ugry­zienia potężnych szczęk nie czyniły wielkiej szkody, zmagania były bardziej komiczne niż niebezpieczne. Prosty ludek i stojąca niżej w hierarchii społecznej szlachta zajęli już swoje miejsca i bili brawo rozbawieni widowiskiem, kiedy wyższe sfery i wiel­cy Cesarstwa czekali, by wejść na stadion. Dla tych, którym udało się wspiąć na szczyty społecznej drabiny, pewna opiesza­łość i spóźnianie stawały się cnotą samą w sobie.
– Szkoda, że tak późno przybyłeś, Milamber – powie­dział na powitanie Shimone. – Niedawno zakończył się wy­jątkowo ciekawy turniej.
– Sądziłem, że zabijanie zacznie się trochę później. Hochopepa gryzł z lubością orzechy gotowane w słodkich olejkach.
– Masz rację, ale nasz przyjaciel Shimone ma lekkiego bzika na punkcie gier i turniejów.
– W przeszłości młodzi oficerowie pochodzący ze szla­chetnych rodów walczyli ćwiczebną bronią aż do pierwszej krwi, wykazując się umiejętnościami i zdobywając honory dla swoich klanów – powiedział Shimone.
– Nie mówiąc już o wynagrodzeniu cięższego i wymier­nego gatunku... – wtrącił Hochopepa.
Shimone zignorował docinek i mówił dalej.
– Odbył się bardzo ciekawy pojedynek między synami Oronalmara i Kędy. Już dawno nie widziałem tak wspaniałej walki.
W czasie kiedy Shimone z zapałem opisywał przebieg spot­kania dwóch młodzieńców, Milamber rozglądał się spokojnie dookoła. W oddali dostrzegł niewielkie sztandary Keda, Minwanabi, Oaxatucan, Xacatecas, Anasati i innych wielkich ro­dów Cesarstwa. Po chwili zauważył brak sztandaru Shinzawai i począł się zastanawiać nad przyczyną.
– O czym tak myślisz, Milamber? – spytał Hochopepa. Milamber pokiwał powoli głową.
– Zanim wyruszyłem na obchody, dostałem wiadomość, że wczoraj w Wysokiej Radzie zgłoszono wniosek, by zrefor­mować podatki od ziemi i znieść niewolnictwo za długi. Wia­domość przysłał pan Tuclamekla. Łamałem sobie głowę, nie mogąc zrozumieć, po co mnie zawiadomił, aż doszedłem do miejsca, w którym dziękował mi za ukazanie pewnych kon­cepcji reformy społecznej, które formalny wniosek przedsta­wiony Radzie miał wprowadzić w życie. Byłem zaszokowany i oburzony jego czynem.
Shimone roześmiał się na głos.